Bieszczady zimą – cztery dni na rakietach – 23-26.01.2019

Rakiety odpoczywają w obozie drugim pod Wysokim Groniem

Podobnie jak w zeszłym, tak i w tym roku wybraliśmy się zimą pod namiot. Wybór padł na Bieszczady, czyli tam, gdzie zawsze spokój i cisza, szczególnie poza sezonem letnim. Konkretnie wybraliśmy pogranicze Beskidu Niskiego i Bieszczad, tym bardziej nie uczęszczane o tej porze roku. Pierwotnym planem było: wyjść z Komańczy, przejść szlakiem granicznym do Cisnej i wrócić głównym szlakiem beskidzkim do Komańczy. Plan ambitny, żeby nie powiedzieć, że niepoprawnie optymistyczny. Warunki, które były naprawdę zimowe, mocno go skorygowały.

Prawie cztery dni na rakietach w tempie na pewno nie „rakietowym”, ale w zgranej trzyosobowej załodze (Witek, Karol i ja). Przeżyliśmy kosmiczne dni spokoju (za wyjątkiem kilku telefonów z pracy :)). Tak, jak astronauci patrzą na naszą planetę z oddali i uświadamiają sobie kruchą granicę pomiędzy przyjazną życiu Ziemią a zimnym i pustym kosmosem, tak my teraz uświadamiamy sobie, jak w naszym zabieganiu nie zwracamy uwagi na to, ile energii marnujemy na co dzień, aby żyło nam się naprawdę wygodnie. Cztery dni bez spotkania turysty na szlaku, możliwość posłuchania ciszy, prawdziwej ciszy, bez nawet najmniejszego śpiewu ptaka, to coś niesamowitego. Wszędzie głęboka biel i zależność tylko od własnych sił i siebie nawzajem. Kiedy już trafiliśmy do schroniska to zaskoczyła nas kolejna rzecz, już nie spotykana tak na co dzień: życzliwość wobec wędrowca i pełne, wręcz niewiarygodne, zaufanie do drugiego człowieka.

Dołżyca, czas zejść z wygodnej drogi

A teraz pokrótce o tym, jak było na trasie. Najpierw podróż nocą tak, aby o świcie ruszyć z Komańczy. Przez Dołżycę zielonym szlakiem docieramy na Garb Średni i jednocześnie do granicy państwa. Od zejścia z drogi we wsi Dołżyca wędrujemy w rakietach. Początkowo pojedynczy ślad, a od okolic przełęczy Beskid nad Radoszycami już torujemy sami. Szlak w wielu miejscach zatarasowany zwalonymi drzewami lub przygiętymi pod ciężarem śniegu gałęziami. Rekordowy odcinek pokonujemy przed przełęczą Łupkowską, gdzie przejście ok.100 m zajmuje nam ponad 30 min. Chwilę później zatrzymujemy się na nocleg. Cała procedura, czyli uprzątnięcie śniegu, ubicie, rozkładanie namiotów, lokowanie się w nich, gotowanie, jedzenie oraz przygotowanie do snu to ok. 3 do 4 godzin.

Przed Chatką na Końcu Świata w Starym Łupkowie

Później długa noc i rano jak najsprawniej, choć niechętnie wychodząc z cieplutkiego śpiworka, w ok. 1,5 godziny jesteśmy gotowi do drogi. Dzień drugi zaczął się od szukania drogi i modyfikacji trasy. Zamiast maszerować granicą decydujemy się schodzić do Łupkowa. W Łupkowie zatrzymujemy się na, dłuższą niż przewidywaliśmy, chwilę w schronisku studenckim „Na Końcu Świata”. Ciepło i miła atmosfera nie ponaglają do dalszej drogi, ale po ok. 1,5 godziny ruszamy dalej, aby po 4 godzinach torowania w śniegu pod górę dotrzeć znowu do granicy państwa. Po przejściu Wysokiego Gronia znajdujemy miejsce na obozowisko. Miejsce udaje się szczęśliwie znaleźć, osłonięte od wiatru, co jest ważne, bo tego wieczora duje dość mocno. Tak jak poprzednio przygotowania do spania idą dosyć sprawnie. Lekkie zaskoczenie, że śniegu jest naprawdę dużo. Na odśnieżonym placu, po zdjęciu rakiet, zapadłem się do pasa i jeszcze nie czułem twardego gruntu pod nogą. Zasypiamy jak zwykle po głównym posiłku i przygotowaniu w termosach herbaty na kolejny dzień. Wody w postaci śniegu oczywiście w okolicy pod dostatkiem, wszędzie biało.

Cała ekipa przy chacie w Balnicy

Kolejny dzień rozpoczynamy jak poprzedni. Po sprawnym zwinięciu obozu ruszamy od razu do torowania drogi, już cały czas szlakiem granicznym do Balnicy. Niesamowita, niczym niezmącona cisza i biała pokrywa śniegu to coś naprawdę wspaniałego. Trzeba tylko pamiętać, aby zawsze mieć zapas sił na ewentualny powrót do cywilizacji. Na szczęście moi kompani mają więcej siły niż ja i torują większą część drogi. Jeszcze przed zmrokiem docieramy do Balnicy, gdzie zatrzymujemy się u Wojtka, w jedynej w tym miejscu chacie. Dzisiaj nocleg pod dachem i przy kominku :). Witają nas inni goście, ponieważ okazuje się, że gospodarz wyjechał i wróci wieczorem. Jak się z czasem okazało, późnym wieczorem. Jesteśmy niezapowiedziani, więc jest dla nas bardzo miłe, że od razu możemy się rozgościć. Gospodarz po kontakcie smsem wskazuje nam miejsce snu, a nawet instruuje, jak pozyskać piwo z jego sklepu. Coś niesamowitego, pełne zaufanie do ludzi przecież zupełnie nie znanych. Więc ten wieczór spędzamy w cieple przy kominku, doceniając gościnność gospodarza i luksus czterech ścian.

Rano wita nas słońce, ale zbieranie się idzie nieco dłużej niż z namiotu. Ruszamy zadowoleni, ale z dylematem jak zaplanować dzisiejszy dzień. Idziemy do Roztok Górnych, a tam będziemy decydować czy stromo pod górę na Szymową Hyrlatą i kolejny nocleg pod namiotem, czy jednak w dół do drogi i do domu. Docierając do Roztok podejmuję decyzję, rozważając za i przeciw obu rozwiązań. Jednak do domu, mimo, że wciąż pozostaje wątpliwość czy to najlepsza decyzja.

Mam nadzieję, że co najmniej za rok znowu wyruszymy, może w nieco liczniejszym składzie.

Adam

Jedna myśl nt. „Bieszczady zimą – cztery dni na rakietach – 23-26.01.2019

  1. Pingback: Bieszczady zimą – 19-22.02.2020 | Polskie Towarzystwo Tatrzańskie Oddział w Krakowie

Możliwość komentowania jest wyłączona.