Rakietą po Polsce

Gdzie można znaleźć świeży i dziewiczy śnieg, zagłębić się w cisze ośnieżonych lasów i śledzić ślady zwierząt na białych zboczach, czy po prostu powędrować grzbietami górskimi w samotności. Istnieją jeszcze takie miejsca? Dla niejednego zwolennika "rakietowego" przemierzanie białych przestrzeni jest to już tylko marzenie. Grupa Francuzów w poszukiwaniu nowych zimowych krajobrazów wybrała się w Beskid Sądecki. Co prawda Francuzi maja cudowne góry i pagórki, narzekają jednak, że coraz mniej maja śniegu! Przemierzanie zimowych szlaków na rakietach stało się w Europie zachodniej bardzo modne. Adeptami są wszyscy, dziatwa i starszyzna, sportowcy i turyści, każdy kto lubi kontakt z przyrodą i czynny wypoczynek.
 Gdy tylko Francuzi, uzbrojeni w rakiety, pokazali się w okolicy Jaworzyny Krynickiej zebrała się wokół nich grupka gapiów. Co bardziej śmielsi pytali dyskretnie niespodziewanych przybyszów: skąd to macie, ile kosztuje, gdzie można kupić? Odpowiedziawszy na wszelakie pytania, pognali zapaleńcy leśnymi zakamarkami w dziewiczy śnieg.
 Trudno opisać jak wielkie było zdziwienie gawiedzi, gdyż przybysze nie zapadali się w śniegu po pas. Wydawało się, że przy pomocy czarów poruszają się sprawnie do przodu. Szli trasami wzdłuż grzbietów górskich, lub zygzakowali miedzy jodłami. Trasy w górach zimą zieją pustką, tylko ślady zwierząt świadczą o istniejącym tam życiu. Wieś za to tętni życiem. Dla Francuzów było to olśnienie - zachwycało ich wszystko - dymiące kominy, psy w budach a nie na kanapach w salonie, a przede wszystkim ludzie. Nie dziwiło mnie to, że przybysze pragnęli bardziej przebywać w pokojach gościnnych u ludzi roli, niż w pensjonatach. Bliżej życia, rzeczywistości i naturalności, to było ich motto. Z pobytu u gospodarzy zapamiętałam kilka scen. Franscois z kieliszkiem wódki, przylepiony do pieca, prowadził ożywiana konwersacje, pomagając sobie przy tym rękami i nogami. Benoit wołał na pomoc tłumacza, chciał wytłumaczyć, że nie ma zamiaru uprowadzić córki gospodarza. Proponował tylko super trekking w rakietach śnieżnych. Nie muszę chyba pisać, jak wielkie było zdziwienie Francuzów, gdy zamiast śniadania składającego się z rogalika i kawy, podano im kotlet schabowy i pierogi. Zadziałało tu proste rozumowanie naszych gospodarzy - droga długa i daleka, trzeba się pożywić.  Wyruszając, zabrali ze sobą Joasię, udowadniając najbardziej sceptycznym, że sport ten jest dla każdego, nawet dla niewtajemniczonych. Wzięto mnie na przyzwoitkę i podporę moralna dla córki gospodarza, bo trzeba było ostro dreptać, gdyż dzień krotki a przed nami było 20 kilometrów w białym puchu. Wszyscy zwróciliśmy uwagę na otaczającą nas ciszę - żadnego głosu ptaka, czy szumu drzew. Nawet wielkie schronisko na Przehybie przywitało nas tylko skrzypieniem drzwi. Ledwo przełknęliśmy jajecznice, kiedy nasz przewodnik nerwowo zerknął na zegarek. Jeszcze jedno piwko i coca cola, ostanie spojrzenie na cieple wnętrze sali i westchnienie Benoit: "Och, żeby takie schroniska były we Francji!"
I znowu byliśmy panami naszego świata rozciągającego się ze zboczy, czy to ze szczytu Wielkiego Rogacza. Kraina ciszy należała do nas. Czas naglił. Kolory pejzażu zmieniały się w promieniach zachodzącego słońca. Już o zmroku dotarliśmy do sennego miasteczka - Piwniczna Zdrój. Następne dni upłynęły nam na degustacji leczniczych wód Krynicy i Tylicza i zwiedzaniu na saniach okolicy. Ten przecudny krajobraz, ze starymi, łemkowskimi cerkwiami na długo zostanie nam wszystkim w pamięci. Na koniec zahaczyliśmy o "polski Chamonix", ale to już inna wycieczka i inna bajka...
                                                                                     Małgosia Bilczewska
 
 

panorama z Krzyżnego     fot. Andrzej Słota

 spis treści