Górami pisane

Dzień za dniem wstawał, jasny, cichy. Słońce lśniło na skąpym śniegu, mróz zelżał nieco. Chory patrzył przymglonymi, ledwie widzącymi oczyma na Nosal, na Giewont, jakby nic z tego wszystkiego nie rozumiejąc, a właściwie rozumiejąc wszystko. Puszcza w Hlińskiej Dolinie zbliżała się ku niemu, rozmawiała z nim w języku leśnym. Wołoszyn przywalił Bystre swym ogromnym garbem, wypełnił sobą okno nad łóżkiem. Zbocza Krywania, po których hipkają kozice, nachylają się ku myśliwemu, wołają go: Sablik! Sablik !
Sablik nie słyszy. Już nie będ.zie chodził na niedźwiedzie. Już nie wypłaci długu wódczanego Moserowi, karczmarzowi w Kirach. Moser mu to wybaczy; błogosławionej pamięci, bo umarł.
A ilu innych już poumierało! Ilu godnych chłopców obwiesili, jego kompanów z młodości!
- Dobrzi beli towarzisia.
Weszła z panią Lilpopową hrabina Krasińska, protektorka Sabaty od lat.
- Jak się macie, Sabała?
- Jak deska zbutwiało na dyscu uśmiecha się. Podłyk. Ale sie trzimiem jakosi. Pokiel sie ta do jesce.
- Może wam zawołać księdza?
Wydął wargi. - E, po co? Mie go ta nie trza na nic. Co bede haw z parobkami ukfalowoł, kie idem do samego gazdy, to se ta ś mim uradzimy. Sami, przez parobków.
Za trzy dni było z nim już bardzo źle. Oddech miał ciężki, rzężący, nadchodziła śmierć. Pożegnał się rano z rodziną, przybyłą z Kościeliska, nie chciał ich już więcej widzieć, narobili bowiem płaczu na cały dom, a Sabała nigdy nie lubił smutku i lamentów. Obraz był rzeczywiście wzruszający. Matkę przywiózł syn na wozie, wnosił ją z bratem na rękach, aby się pożegnała z mężem; była bezwładna w nogach. I małe wnuki także przywieźli wozem.
- E dy ni ma co jojceć - zwrócił się do najstarszego syna - Ludzko rzec. Biercie sie dóma. Gazdostwa se pilnujcie. Prziboccie se case ojca. Bydźcie zdrowi.
Tak napomina ich gazda, który nigdy o swoje gazdostwo nie dbał! Przez cały dzień zachowywał się pogodnie, mało zresztą mówiąc. Przyszedł lekarz, zawezwany przez gospodynię domu.
- No, jak si ę czujecie, Sabała ?
- Juzek rzodki. Nozki by jesce łaziły, miechy ta jesce chodzom, ino serce płone, haj.
- No, zobaczymy.
- Nie poradzem długo - stwierdził rzeczowo chory. - Trza sie wynosić prec ze światu mruczał. Doktor nie odzywał się nic, zbadał starego krótko, mechanicznie, powierzchownie, po czym spojrzał wymownie na panią Lilpopową w drzwiach. Ten wzrok starczył za całą diagnozę.
Po południu pani Lilpopowa raz jeszcze zaproponowała Sabale spowiednika; odmówił. Wzrok miał skierowany na góry. Ku Czerwonym Wierchom schylało się słońce w swoim krótkim, płaskim, grudniowym łuku.
- Słonko idzie ku zachodowi, na mnie cas.
Poprosił gospodynię, aby zawołała Jędrka Skupienia, sprawującego obowiązki służącego i dozorcy domu. Kiedy młody góral przyszedł, Sabała uniósł się z pościeli, odchylił koce, pokazał palcem na skrzynię.
- Ubier mie.
Na skrzyni leżało odzienie starca. Jędrek, jak przez mgłę, przypomniał sobie z lat juhasowania opowiadanie bacy o dawnym zwyczaju przodków umierania w ubraniu.
- Óno ta śmierzć mini być kaci nieobdalno. Słysem, idzie po mnie. Kaz idzies? Ku Jasiowi, ón ta juz wiy, po co. Obłócem sie, jak się patrzy. Obuć się trza.
Zesunął obie nogi z łóżka. Jędrek wdział mu spodnie białe, wełniane, proste, bo Sabała zawsze się nosił według starej mody. Koszulę wdział krótką, po pępek. Owijał mu onuce koło nóg, gorących, rozpalonych. Pomagał mu sam chory, mrucząc:
- Trza sie wej ubrać piyknie. Coby cie śmierzć spotkała godnie.
Kierpce sznurował Jędrek drżącymi rękami .
- Dej cuche. Uwyrtnij sie chybko.
Komenderował młodzieńcem, który, jak zahipnotyzowany, bez słowa spełniał rozkazy starca. Teraz mosiężną zapinką spinał mu cuchę pod szyją.
- Słysem, śmierzć chodzi kole dómu. Tup, tup, tup. Zbiyroj sie, Jasiek, idem do tobie. Tup, tup, tup. Beł z ciebie chłop przy chuci, aj, beł! Ale coz? Roki ci wysły. Cas na cie. Chyboj se minom . No dy póde. Cemu nie? Ze śmierzciom nie bees sie przegadował.
Pani Lilpopowa płakała w kącie.
- Je dyć nie krziccie, pani - zwrócił się do niej Sabała. Umiyrać prosto sprawa. Zyłek doś na tym świecie, piynć ośmidziesiąt roków. Desce by sie i pozyło, cemu nie, nale kie juz wołajom, trza iść. Inni beli młodsi, worcejsi ode mnie, a pośli. Jako i Ik Miełoś pon Ał.ubiński. Ón mi stoł za ojca i za martke. I za dziecko nolepse. To beł pon, jakiego juz nie bedzie.
Skierował oczy na Jędrka, który ocierał łzy.
- Podź haw - uciął ostro. Chwycił młodzieńca za ramię, uszedł parę kroków ku drugiemu oknu, wychodzącemu na południowy zachód. - Legnem se, skoro ta po mnie przvńdzie. Óna ta nolepiy wiy, kie mo przyńś.
Ułożył się na podłodze w ubraniu jak nakazywał odwieczny obyczaj przodków na samym wyciętym prostokącie czerwonego słonecznego światła. Bo śmierć zejdzie lekko, ślizgając się po promieniach, takie było wierzenie górali.
- Chłopu nie honór w pościeli umiyrać. Kie mie śmierzć nie ucapiła w Krzywoniu abo w Koprowy Dolinie, niek mie haw biere z podłogi, ze smerecanych descek.
Leżał na gołych deskach w promieniach zachodzącego słońca, ubrany odświętnie, czekając na śmierć. Na nogach - kapelusz zatłuszczony ze skórzaną wstążką.
- Dej ciupage.
Jędrek podał mu ciupagę, konający chwycił ją w prawą rękę. Ściskał ją ze wzruszeniem jak relikwię: podpierał się nią przecież Chałubiński.
- Żłóbcoki mi połóz haw na piersiak.
Życzeniu starca stało się zadość.
- A teraz idźcie stela. Pozdrówcie mi siyćkik, pana Witkowica. Jo haw ostane som. Pani - zwrócił twarz ku Lilpopowej.
- Co wam potrzeba, Sabliku? - spytała roztrzęsiona. Siwe, do ramion długie włosy Sabałowe leżały rozrzucone na podłodze, koścista, sucha grdyka drgała nieustannie pod mosiężną sprzączką, którą była spięta koszula.
- Nic. Cobyście mi rękę podali.
Przełożył ciupagę z prawej do lewej dłoni, a prawą uścisnął rękę gospodyni. To rzecz niezwykła : Sabała podaje rękę kobiecie!
- Dzienkuje wom, zeście mie, starego dziada, przyjeni, zeście sie mie nie wrodzili, i nie pamiyntojcie mi zodnego złego.
Odprawił ich oboje, lecz nie odeszli z pokoju. Wcisnęli się w kąty i płakali, pragnąc ukryć, stłumić szloch, aby nie zakłócić ciszy, w której Sabała oczekiwał śmierci. Nie musiał czekać długo. Umarł spokojnie i wnet, albowiem kiedy słońce zgasło za Czerwonymi Wiechami, zszarzała i twarz Sabałowa na podłodze. Góral nie poruszał się więcej. Głowa z rozsypanymi włosami zmartwiała, grdyka znieruchomiała. Jego ciało długie, szczupłe wyciągnięte w leżeniu, przekreślało na ukos deski podłogi. Było już umarłe.
Maskę pośmiertną zdjął nauczyciel szkoły snycerskiej, Nalborczyk. I odtąd w setkach reprodukcjach ta ściągła twarz o orlim nosie i siatce zmarszczek stała się jeszcze bardziej znana w całej Polsce. Umarł według obrządku starożytnych przodków, w całkowitym milczeniu. Kto wie, może tak jak oni wyobrażał sobie, że odchodzi w krainę szczęśliwych łowów i złota, którą wyznawcy nowych czasów nazywają niebem? Nie doczekał się w Zakopanem świstu lokomotywy, blasku elektryczności; ostatni człowiek dawnych czasów, półślepy, analfabeta, którego usta rozsławiły ginący świat gór i dały świadectwo dniom, ktore minęły. Szkoda, że tak późno spotkał swojego Wtkiewicza. I szkoda, że tylko jeden pisarz go opisał. A nikt mówienia jego wierniej nie spisał; które wraz z nim przepadło.
Z pogrzebem były niejakie trudności, bo proboszcz odmówił religijnego konduktu i swojego w nim udziału, skoro nieboszczyk zmarł bez sakramentów, a nawet jak wieść niesie, odmówił ich przyjęcia. Górale powszechnie uważali Sabałę za niewierzącego. Dopiero wstawiennictwo kilku wpływowych osób, które pertraktowały z plebanem (między innymi Witkiewicza) sprawiło, że przed pogrzebem szedł wikary. Pogrzeb był stosownie do sławy nieboszczyka - wspaniały. W myśl życzenia, które wyraził zmarły na długo przed śmiercią pochowano go u stóp grobowca Chałubińskiego. Do trumny włożono mu gęśle i ciupagę.
I znowu kołyszą się w wietrze smreki, oraz jesiony na zakopiańskim cmentarzu. Pęksowy Brzyzek, ongiś kamienny brzeg rzeki należący do Pęksów przyjął w swoje łono ciało Jana Gąsienicy Krzeptowskiego zwanego Sabałą. Umarł bujny, mocny syn ludu, sękata gałąź płodnego rodu.
No cóż? Poszedł do ziemi. Ale tam rozłoży się w proch, przeniknie do gleby, zapłodni sokiem korzenie, wyśmignie rośliną, drzewem i przerodzi się na powrót w ziemię ojczystą. Będzie tu szumiał wiatrem, płynął wodą. Pozostanie tu na zawsze. Będzie żył nadal, jak wszyscy ci, którzy, jeśli nie za życia, to po śmierci stali się bohaterami.

  - wybrano z książki Jalu Kurka "Księga Tatr"
 

 spis treści