| Chodzić, czy nie chodzić, lub "być, albo nie być" - ów hamletowski
dylemat pojawia się i nurtuje wielu z tych co po Tatrach chodzą. Mimo iż
to już XXI wiek, a my ciągniemy do Unii Europejskiej - to w dalszym
ciągu pytanie pozostaje bez odpowiedzi.
Pytanie owo coraz częściej zadaje sobie wielka rzesza turystów wysokogórskich. Turysta wysokogórski którego tylko krok dzieli od taternictwa formalnie w Polsce nie istnieje i jak na razie (w przypadku TPN) nie ma racji bytu. Niesłusznie włożony jest do wspólnego worka turystyki górskiej, razem ze "spacerowiczami" na drodze do Morskiego Oka i innymi pseudoturystami, którzy w największym stopniu szkodzą naszym maleńkim Tatrom i od lat są solą w oku ochroniarzy. Dzięki tej właśnie "stonce", lub "gawiedzi turystycznej" TPN trwa na stanowisku niewpuszczania na nieznakowane ścieżki sporej części miłośników Tatr, którzy sami nie będąc stricte taternikami w końcu zniecierpliwieni idą "na lewo", choć swym zachowaniem nie zagrażają tatrzańskiej przyrodzie. Ruch turystyczny w Tatrach regulują przepisy TPN. W nich to czytamy, że "Po terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego można się poruszać wyłącznie po znakowanych ścieżkach". Ścieżka jest logiczną drogą, kiedyś zbudowaną, lub wytyczoną i chęci by z niej korzystać są całkiem normalne. Tatrzańskie ścieżki widoczne są gołym okiem z wielu miejsc. Wiele z nich powstawało latami, w miarę rozwoju turystyki i taternictwa. Jak dotąd - z tych nieznakowanych mogą korzystać jedynie taternicy, pod warunkiem, że ścieżka nie przebiega przez rezerwat przyrody. Taternictwo jak wiadomo, jest kwintesencją turystyki wysokogórskiej, pozwalającej na swobodne poruszanie się po terenie skalnym. Powstały w roku 1974 Polski Związek Alpinizmu wprowadził kartę taternika. Karta Taternika - to był wtedy upragniony glejt w Tatry. Nigdzie w świecie nie ma i nie było czegoś podobnego. Tylko u nas w Rzeczypospolitej. Trwało to latami, w latach rozwijającej się Demokracji Ludowej, gdy to nadopiekuńcza władza "matkowała" obywatelowi w wielu dziedzinach życia społecznego. Wtedy to zgodnie z ówczesnymi zasadami zaszufladkowano taternictwo w formy sportu. Wiązało się to oczywiście z pewnym dofinansowaniem działalności klubów wysokogórskich z kasy państwowej. Ale już dziś, czyli w nowych czasach - nawet na Słowacji, za miedzą, albo raczej granią, po drugiej stronie Mięgusza, w kraju który jak się sądzi przesiąknięty był bardziej niż u nas ideą komunizmu wystarczy tylko legitymacja klubowa i już możesz iść choćby na zachodnią ścianę Łomnicy. Jeśli tylko potrafisz. Podobnie jak w krajach Unii Europejskiej, do której pono nam coraz bliżej. W samym Polskim Związku Alpinizmu, w Klubach Wysokogórskich słychać głosy, że Karta Taternika to przeżytek, relikt minionej i niechlubnej epoki. Spora część i tak wspina się w Tatrach bez tego papierka i nic nie wskazuje na to, że to oni najczęściej ulegają wypadkom taternickim. Wypadki były, są i będą, bowiem wiele czynników ma na to wpływ. Wydawało się, że ostatni Zjazd PZA wniesie w tym zakresie coś nowego, ale to zdaje się trzeba by Mojżeszowego przykładu, by te stare nawyki i przyzwyczajenia zmienić. Przez wszystkie lata działalności górskiej - na taternickich, wykopczykowanych
ścieżkach spotykałem znajome twarze (zwłaszcza z podkrakowskich skałek),
z którymi nieraz wiązałem się liną. Często szli w góry nie na wspinaczkę,
lecz robili bardzo ostre wysokogórskie wycieczki. Nie wszyscy posiadali
Kartę Taternika, choć spora część to średnie i starsze już pokolenie. W
zasadzie nie była im potrzebna. Lata i sezony spędzone w górach, wysokogórskie
wycieczki i wspinaczki bez wypadków są dla nich znakomitą rekomendacją
umiejętności. Czy tak wygląda alpinizm w sensie sportowym?
|
| W "Taterniku" 1/1967 znalazłem, zebrane pod wspólnym
tytułem "Co się dzieje w Tatrach?", interesujące wypowiedzi kilku taterników,
reprezentujących różne pokolenia. Wypowiedzieli się oni na rozmaite tematy
sportowe i parasportowe, ale zabrakło wśród nich głosu taternika z pokoleń
przedwojennych, który nie może co prawda dyskutować o nowych formach wspinaczki,
o "wędkach" czy o "korbach", ale może się jeszcze zastanawiać nad sprawami
tak ważnymi dla każdego taternika, jak na przykład ochrona przyrody. W
tym zakresie i najmłodszym może się przydać głos wieloletniego doświadczenia
i półwiekowej obserwacji zaszłych i zachodzących zmian.
Obserwacje te nie krzepią. Jestem przerażony tym, co się dzieje w naszych górach, a zwłaszcza w Tatrach. Gigantyczne plany zamiany Bieszczadów w polską Szwajcarię plany może nie całkiem realne, ale wcale nie niemożliwe, dojrzałe do wykonania projekty stworzenia Pienińskiego Morza na wzór Morza Orawskiego - są niczym w porównaniu z tym co niektórzy planiści zamierzają wyczynić z Tatrami, jeżeli ich zapędom nie postawi się tamy. Od pięćdziesięciu przeszło Iat, od początku naszego wieku wznoszą te tamy ofiarnie i z uporem brygady robocze ochroniarzy, ale bywają systematycznie rozpędzane i przegrywają, oddając pozycję po pozycji. W dodatku łudzą się - Iub chcą się łudzić - że ich sprawa górą, bo przecież PN Karkonoski, PN Babiogórski, PN Pieniński, P.N Tatrzański i lada rok powstanie PN Bieszczadzki. Upajają się tedy radościami i radostkami, głoszą raz za razem sukcesy i zwycięstwa idei ochrony przyrody, powołując się po. na fakt, że jakiś schron na Hali Gąsienicowej rozebrano lub że tuzin świstaków przybyło w ogólnym obrachunku. Świstaków przybywa, to prawda, na to nas stać, jak stać Amerykanów na czynną ochronę Indian, którzy się nawet rozmnażają niczym niedźwiedzie w Yellowstone. Lecz świstaki i szałasy to nie wszystko, to raczej mało - zyskujemy drobiazgi, tracimy skarby, wygrywamy potyczki, przegrywamy bitwy. Ne mijają nas i nie miną nowe kolejki i nowe wyciągi, nowe w Tatrach, nowe w Sudetach, nowe w Beskidach, pierwsze ale nie ostatnie - w Bieszczadach. Gdzież kres tej inwazji, jaka siła wzniesie tamę, która by naprawdę mogła stawić opór, opór długi i skuteczny, oznaczyć regulację i trwale ujarzmienie żywiołu? Nie widać nadziei, żywioł z siłą kataklizmu bierze górę, zagarnia, dewastuje wciąż nowe obszary. W dodatku, w swojej słusznej walne ochroniarze popełniają błędy, odrywają się od realnego świata, odtrącają sojuszników - chcąc nadmiernie pomóc, szkodzą przyrodzie i naszej wspólnej idei. A oto nowy rzeczowy dowód: W ostatnim (1967) roczniku "Ochrony Przyrody" ukazał się, pełen najlepszej,woli, artykuł Stefana Myczkowskiego "Projekt sieci, rezerwatów ścisłych w Tatrzańskim Parku narodowym" (por. "Taternik" 1/1968 s. 47). Niestety, projekt ten budzi zasadnicze zastrzeżenia. Jak wiadomo, TPN składa się z obszarów pozostawionych dla swobodnego ruchu taternickiego (konieczna legitymacja KW) i z rezerwatów ścisłych, przed turystami i taternikami zamkniętych. Dotychczasowe rezerwaty ścisłe obejmują uboczne i podrzędne (dla ogółu zwiedzających) rejony Tatr i bez trudu z cyrkulacji turystycznej mogły, być wyłączone. Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Z czasem turystom zabroniono opuszczania znakowanych ścieżek również poza zasięgiem rezerwatów, a taternikom np. trawersowania grani Siedmiu Granatów. Obecnie Myczkowski - pod wysokim patronatem ZOP PAN i TPN - wystąpił z propozycją utworzenia w Tatrach trzynastu rezerwatów ścisłych. Trzynastu. Czyli: teoria nie licząca się z praktyką. Gdyby bowiem plan Myczkowskiego został zatwierdzony - prowadziłby, jeśli nie zaraz to w nieodległej przyszłości, do ciągłych zatargów turystów i taterników z dyrekcją TPN. W praktyce bowiem plan ten usuwa ludzi z wielkich połaci Tatr Zachodnich i większości obszaru Tatr Wysokich. Ongiś książę Hohenlohe część Tatr Wysokich zamienił w swój prywatny rezerwat, co się spotkało ze sprzeciwem turystów i powodowało liczne zatargi z książęcymi tyrolami oraz łamanie książęcych zakazów. Nie chciałbym, aby ta tradycja przeszła na kontakty turystów ze strażnikami T1PN. Na czym bowiem polega niezbędna ale rozumna ochrona Tatr? Nie uda się zwalczyć ciągu w stronę Morskiego Oka, znaczne schroniska są więc na trasie Zakopane Głodówka - ŁysaPolana - Morskie Oko konieczne. Nie powiodło się zwalczanie kolejki na Kasprowy Wierch, obawiam się, że nie pozostanie jedyna w okolicy. Projekt zamknięcia większości Tatr wydaje się walką pięści z kijem. W Tatrach dosyć dzieje się niemądrych poczynań antyochroniarskich (Nosal), aby im przydawać nieprzemyślane, nieżyciowe projekty ultraochroniarskie. Kwestionując naturalny rozwój turystyki i walcząc o chimery jak nieboszczyk Limanowski (na przykład w obronie owiec, mogących się zatruwać opiłkami żelaza, sypiącymi się z lin kasprowskiej kolejki) narażamy na szwank i te interesy ochroniarstwa, które mają prawo regulować życie turysty. Parki narodowe mogą w tych warunkach stracić i to, co słusznie jest ich. Są szlaki, trasy i rejony polskich Tatr Wysokich, których lepiej turystom nie odbierać (bo to się zresztą na dłuższą metę nie uda). Schron pod Rysami, kolejka na Mięguszowiecki.., to są pomysły z piekła rodem, a ścieżka ze Świnicy na Szpiglasowy Wierch byłaby burżujskim luksusem. Deglomeracja Tatr jest konieczna, ale można ją osiągnąć przez uatrakcyjnienie Gorców czy Babiej Góry, a nie przez grzywny i tablice ostrzegawcze, naród bywa przekorny, zakazów nie lubi. Rozładowanie ścisku, rozproszenie inwazji Giewontów, Zawratów, Rysów jest niezbędne - same groźby i prośby tylko zachęcą do oporu. Kolejka na Kasprowy jest ohydą; pewne sprawy jednak załatwia, jak je załatwiają publiczne szalety. W cywilizowanych krajach szaletów przybywa. Mamy dziś kolejki i wyciągi od Czantorii do Góry Parkowej, będzie ich więcej. To dla tych, którzy gór nigdy nie pokochają, ale których instynkt stadny przymusza je zwiedzać, i których się od gór nie odepchnie. Wyżej idą turyści. Przez Zawraty nie zawsze w pojedynkę. Na Buczynowe, Liptowskie, Mięguszowieckie idą gdy już z elementarza naukę pobrali. Czy można im zabronić tych dróg, chociaż nie są członkami Klubu Wysokogórskiego i nigdy nie olśnią kraju swymi wyczynami? Snuć elitarne projekty łatwo, ale pomyślcie jak bardzo mogą zaszkodzić. Musimy część Tatr odpisać na straty tylko w ten sposób uratujemy resztę. Gdy wędrowałem za młodu po Tatrach Słowackich mogłem, w pełni lata, być wraz z moimi towarzyszami przez czterdzieści dni jedynym gospodarzem rejonu Łomnickiegc Stawku, promieniejącego osamotnieniem. Co się dzieje dzisiaj nad Łomnickim tzw. Stawkiem możecie opisać dokładniej niż ja. Ale Czarna Jaworowa, ale Niewcyrka są ocalone. Pamiętam czasy, w których Hala Gąsienicowa zionęła w styczniu taką pustką, iż klucze do jedynego małego schroniska PTT mogłem był swobodnie wypożyczać w Zakopanem. Nieco później to samo miałem z kluczami do starego schronu PTT na Pysznej. Dzisiaj co się dzieje cały rok na Hali Gąsienicowej, a Latem i zimą na Ornaku, możecie opowiedzieć dokładniej niż ja. Ale Kamienne, ale Waksmundzka są samotne, nie niepokojone, bezpieczne. To jest mądrość. I dlatego ufam, że przyszłe pokolenie też jeszcze zazna samotności w ostępach nad Roztoką czy w zakamarkach Czerwonych Wierchów. Warunek jest jeden: nie zamykając Tatr sprzed żadnym turystą - bo takie zamknięcie jest niedemokratyczne i na dłuższą metę nie do utrzymania - wolno je uniedostępnić nauce turystyki, tak jak uniwersytety nie są dostępne młodzieży szkół podstawowych i średnich. Tatry nie nadają się na teren szkolenia turystycznego, powody każdy taternik wyliczy z łatwością. Postuluję zatem walkę o zakaz wstępu w głąb Tatr wszelkim wycieczkom szkolnym, gromadzkim, jakim chcecie - słowem, wszelkim wycieczkom zbiorowym * . Tatry powinny być zarezerwowane wyłącznie dla turystów indywidualnych, ale zato wszystkich i nieomal (wszędzie a jedyne zbiorówki jakie mogłyby W Tatrach działać to taternickie obozy szkoleniowe, letnie i zimowe. Taternik i turysta powinni mieć prawo swobodnego poruszania się po Tatrach, ale turysta, a nie wycieczki zbiorowe, dezorganizujące i dewastujące racjonalne turystyczne użytkowanie gór Wysokich. Trzeba by, niestety, dopuścić trzy wyjątki: wycieczki autokarowe do Marskiego Oka, zwiedzanie Doliny Kościeliskiej i namolną inwazję Kasprowego. Ale na tym koniec. Dla wycieczek zbiorowych, dla wszelkich rajdów od schroniska do schroniska, dla szaleńczego w swej lekkomyślności pałętania się przedszkolaków po Giewontach, a szkolnej młodzieży po Świnicach i Rysach nie powinno być absolutnie miejsca. Absolutnie, więc bez wyjątku. Wtedy i nieszczęść będzie mniej i wyzywania fortuny i nastąpi bardziej niż obecnie racjonalny dobór, bo ludzie o instynkcie prawdziwie turystycznym drogę do indywidualnego uprawiania turystyki i tak znajdą. Musimy skończyć z dogmatyzmem ochroniarskim, z żałosną polityką ochraniania róż gdy płoną lasy. Tym bardziej musimy walczyć z rewizjonizmem antyochroniarskim, pchającym w Tatry motocyklistów, uczniów, harcerzy, wycieczki gromadzkie i stadne. Musimy skończyć z tym wszystkim co jest antyturystyką pod oszukańczym szyldem popierania turystyki masowej. Wtedy może i w roku 2000 Tatry będą ocalone - dla przyrody i dla turystów. Jan Alfred Szczepański |
| * W r. 1968 władze oświatowe NRF wydały przepis .zabraniający prowadzenia w góry wycieczek szkolnych wyżej niż warstwica 1800 m. W Tatrach odpadłby więc nie tylko Zawrat, ale nawet Giewont. (Red.) |